Tak, to właśnie jest ten dzień i czas na prawdziwy ciąg Fibonacciego, ehh >
Jakoś mi tak nieciekawie, choć nic się nie stało w sumie. To pewnie z nudów i choroby. Boli główka i oczka całe błyszczące, poza tym ani widu ani słuchu mojego doktorka, a tu weekend człapie. Całe "ciężkie" 5 dni czekam na te weekendy, a one tak szybko lecą, że zawsze brakuje mi jednego dnia. Poza tym nic ciekawego się nie dzieje. Człowiek ma już te upragnione godziny "wolności" i co i dupa.I proszę zaczynałam pisać w nienajgorszym humorze i teraz czuję jak powoli napełnia mnie złość. Bejbe zuoooo. I już nawet nie chce mi się pisać. To się nazywa zmienność. Wracam do domu za ponad godzinę i póki co trzeba jakoś wypełnić ten czas. Chce mi się spać, strasznie chce mi się spać!!! Wracam do domu i kładę się przed tv. A miał być wielki ciąg, a może być co najwyżej przeciąg :p Ehhh
Skoro już się tak dzisiaj rozpędziłam to niech będzie szaleństwo i wkleimy sobie jeszcze jedną ciekawostkę:
Mózg pracuje inaczej, gdy kłamiemy i gdy mówimy prawdę
Gdy kłamiemy obszary mózgu związane z kontrolą i
koncentracją są bardziej aktywne niż gdy mówimy prawdę - odkryli badacze z USA.
Informację podaje serwis internetowy EurekAlert.
Wyniki badań zostaną przedstawione 13 listopada na spotkaniu Society of
Neuroscience w San Diego w USA.
W przeprowadzonych
doświadczeniach zespół pod kierunkiem prof. Daniela Langlebena z University of
Pennsylvania School of Medicine prześledził przy użyciu funkcjonalnego
rezonansu magnetycznego - fMRI (tj. techniki, która mierzy zmiany w przepływie
krwi w mózgu) aktywność mózgu u 18 badanych ochotników, których poddawano
odpowiedniemu testowi na kłamstwo. W tym celu każdy uczestnik
badania otrzymał etui z kilkoma kartami do gry. Badani nie mogli ujawnić, jakie
karty posiadają. Następnie oglądając na ekranie komputera serię różnych kart
uczestnicy musieli odpowiadać na pytanie "Czy masz tę kartę?". Jeśli
uczestnik kartę posiadał, prowadzący doświadczenie zobowiązywali go do kłamstwa
(tj. do twierdzenia, że jej nie posiada). Okazało się, że obszary mózgu
związane z koncentracją uwagi oraz kontrolowaniem i wyłapywaniem błędów (jak
przedni zakręt obręczy i fragmenty kory przedczołowej i przedruchowej) były
bardziej aktywne, gdy badana osoba kłamała niż gdy mówiła prawdę. Według prof. Langlebena,
kłamstwo wymaga zwiększonej aktywności w tych obszarach mózgu, które są
związane z kontrolą. Jak komentują autorzy, ich
wyniki wykazały, że funkcjonalny rezonans magnetyczny może wyprzeć obecnie
stosowaną m.in. przez policję metodę wykrywania kłamstw, jaką jest poligraf.
Metoda z użyciem poligrafu zakłada, że kłamstwo wywołuje u badanej osoby stres.
Poligraf mierzy zmiany w przewodzeniu przez naskórek, związane z poceniem się w
odpowiedzi na stres oraz dokonuje pomiaru ciśnienia krwi. Metoda rezonansu magnetycznego
jest, według autorów ,bardziej obiektywna, gdyż badana osoba nie może wpłynąć
na obraz aktywności mózgu.
ps. Oczywiście artykuł ten, jak i wcześniejszy pochodzą z jakiejś mądrej strony poświęconej tematyce psychologii.
Czas i tutaj skrobnąć kilka zdań. I od razu małe wyjaśnienie: nazwa kategorii wzieła się od zainteresowania psychologią, bo ze mną raczej wszystko w porządku...czasami hehe
To może jakaś ciekawostka na początek, a niech będzie taka lekko feministyczna <choć do feministek mi daleko>:
W dzisiejszym świecie kobiety są lepszymi szefami
We współczesnym świecie kobiety
są lepsze w roli szefa, sprawniej zarządzają zespołem, inspirując pracowników
do kreatywności i bardziej efektywnej pracy - donosi najnowszy numer pisma
"Psychological Bulletin".
Badania, przeprowadzone przez zespół psychologów z amerykańskiego Northwestern
University i holenderskiego Tilburg University, dowiodły, że kobiecy sposób
zarządzania różni się od męskiego i w wielu aspektach może być uznany za
lepszy.
"Wnioski płynące z naszych badań mogą zachęcić do
powierzania kobietom stanowisk kierowniczych" - mówi kierownik projektu
prof. Alice Eagly. Analiza przeprowadzona na
podstawie 45 wykonanych wcześniej opracowań badawczych na temat zachowań
kobiet-szefów w środowiskach biznesowych i akademickich wykazała, że
przełożony-kobieta potrafi nakłonić pracowników do bardziej wydajnej pracy, w
większym stopniu niż mężczyzna zachęcając do kreatywności i innowacyjności. Rzadziej też stosuje system kar,
za to częściej nagradza podwładnych za ich osiągnięcia, występując raczej w
roli nauczyciela i wychowawcy, niż klasycznego szefa. Z przeprowadzonych badań wynika
jednak także, że kobiety-szefowie często są nie lubiane i tracą zaufanie
podwładnych w momencie, kiedy zaczynają wymagać posłuszeństwa od mężczyzn, bądź
gdy wykazują maksymalną kompetencję. Uczeni zalecają kobietom wybór
"transformacyjnego" modelu zarządzania, nie zaś
"transakcyjnego", w którym apeluje się do korzyści własnej
podwładnego, a relacja oparta jest na systemie wymiany, zysków i strat oraz
kary i nagrody. Nie zalecają także modelu "leseferystycznego", w
którym pozostawia się podwładnym maksimum swobody. Jako najbardziej odpowiedni dla
kobiet i najbardziej skuteczny jest zdaniem badaczy model transformacyjny, w
którym szef jawi się jako mentor, wzorzec osobowy, który przede wszystkim stara
się stymulować pozytywnie, zachęcając do innowacyjności. Szef zarządzający w taki sposób
cieszy się zaufaniem podwładnych, którzy częściej zwracają się z prośbą o radę,
inspiruje do kreatywności i w związku z tym skłania do bardziej efektywnej
pracy.
Już dawno zapełniłabym tą kategorię, gdy nie fakt, że beznadziejnie dużo miejsca zajmuje wklejenie tylko 2 wierszy, a przecież można by to zrobić ładnie w kolumnie -ehh. No ale nie umiemy albo nie możemy, więc będę tworzyć długaśne strony- wrrrrr
nie trzeba wyjaśniać, wiadomo nie od dziś że piszę, kwestia tego kto wie i co i ile i czy chce :p bo nie każdemu do szczęścia <i nieszczęścia> potrzebne moje wybryki, gdzieś tam w główce szumiące.
i nie wiem jak ja to zrobiłam, że pierwsza strona jest taka zakrzaczona, nawet mój osobisty informatyk nie mógł mi tego naprawić, ale poza tym reszta jest ok, więc czytać i zanurzać się w cienie i jasności mojej osobistości hi hi
i oto drugi link, już nie mój ale bardzo lubię tą stronkę, ogólnie dużo pomysłów na życzenia, podziękowania, wiersze, cytaty itd. i to wszystko w pięknej oprawie - cud miód.
http://mirpralat.republika.pl/index.htm
i jeszcze jeden:
http://www.widelec.org/
oczywiście zwabiły mnie tam zdjęcia kotecków ale inne też są piękne,nie ma co gadać a raczej pisać :p jak ktoś zajrzy to długo stamtąd nie wyjdzie, oczywiście zakładając, że ma się choć troszeczki wrażliwej duszeczki
Jak ktoś lubi podumać co i dlaczego albo co w świecie psychologii nowego, to jest ta oto stronka dla spragnionych wiedzy, mi się tam podoba:
http://www.psychologia.net.pl/
ps.ciekawostki z działu "bejbe psycho" pochodzą zapewne z tej strony.
Jednym słowem: PIĘKNIE w pracy wszystko ładnie się wyjaśniło i ułożyło, urodziny przebiegły fantastycznie, na dworze wiosennie a w sercu radośnie. BOOM DE YA DA Tak więc obędzie się bez ciągów itd. Oby jak najdłużej. Z tej oto okazji, faktycznie bez okazji tekst świetnej piosenki i jakże pozytywnej :
"It never gets old, huh?"
"nope"
It kinda makes you wanna...break into song? Yupp
I love the mountains, I love the clear blue sky
I love big bridges, I love when great whites fly
I love the whole world, and all it's sights and sounds
Boomdeyada, Boomdeyada, Boomdeyada, Boomdeyada
I love the ocean, I love real dirty things
I love to go fast, I love Egyptian kings
I love the whole world and all it's craziness
Boomdeyada, Boomdeyada, Boomdeyada, Boomdeyada
I love tornadoes, I love arachnids
I love hot magma, I love the giant squids
I love the whole world, Its such a brilliant place
Boomdeyada, Boomdeyada, Boomdeyada, BoomdeyadaBoomdeyada, Boomdeyada, Boomdeyada, BoomdeyadaBoomdeyada, Boomdeyada, Boomdeyada
Okropnie zaczęłam tydzień W pracy kicha, bo koleżanka z pokoju się przenosi i pewnie wsadzą mi jakiegoś paszteta albo durnia. Kolega informatyk jak zwykle niepogardził chamską uwagą, tylko że dziś poszło oko za oko. Poza tym pogoda przygnębiająca, aż spać się chce. Rano to prawie mnie zdmuchnęło jak szłam do pracy, tak wieje. A mój chłopak, który ma urodziny w tym tygodniu ma zapał umarlaka do świętowania ich. Żygać się chce na to wszystko.
A tu nowość, bo wiem, że ten artykuł pochodzi z Rzeczpospolitej
Seryjni mordercy stali się supergwiazdami masowej
kultury. Kino wykorzystuje, a zarazem wzmacnia ich popularność.
"Chciałabym, aby mój mąż był taki, jak Hannibal Lecter". Tak
odpowiedziała większość ankietowanych w 1998 roku zamężnych kobiet, które miały
wskazać ideał życiowego partnera wśród postaci z popkulturowego świata. Niby
nic dziwnego, bo przecież sama Jodie Foster nie mogła oprzeć się - w filmie
"Milczenie owiec" (1991) - hipnotycznemu urokowi granego przez
Anthony'ego Hopkinsa psychiatry uwielbiającego wykwintnie przyrządzone ludzkie
mięso z własnego uboju.
Odpowiedź, jakiej udzieliła większość kobiet, nie była przejawem chwilowej
utraty zdrowego rozsądku. W postaci seryjnego mordercy, takiego jaki
spreparowany został przez Hollywood, spotykają się elementy kluczowe dla
sukcesu współczesnej rozrywki: ubóstwiana przez masową widownię serialowa
powtarzalność, fascynacja przemocą i obsesja na punkcie celebrities.
Te elementy jeszcze na długo przed pojawieniem się na ekranach Lectera
trafnie zidentyfikowała Amy Taubin w rozprawie o horrorach z lat 70. i 80.:
"Filmy o seryjnych mordercach traktują samą seryjność już nie tylko jako
temat czy strukturę, definiujące charakter filmu, ale także eksploatują ją jako
środek do lansowania ekranowych seryjnych morderców jako celebrities. Dzięki
temu filmowi psychopaci w rodzaju Freddiego Kruegera z "Koszmaru z ulicy Wiązów",
Jasona Voorheesa z "Piątku 13" czy Michaela Myersa z
"Halloween" stają się gwiazdami na własny rachunek w ciągnących się
całe lata niezwykle dochodowych filmowych serialach".
W latach 90. miejsce tych, wywodzących się z krainy sennych koszmarów,
postaci zajęły inne, nie mniej fantastyczne, ale osadzone z większą dbałością w
realiach rzeczywistego życia w rodzaju Hannibala Lectera (trylogia
"Milczenie owiec", "Hannibal", "Czerwony smok",
Johna Doe z "Siedem" Davida Finchera, Darylla Lee Culluma z
"Psychopaty" Jona Amiela, zabójcy z "Kolekcjonera kości"
Philipa Noyce'a, a ostatnio Earla Brooksa, przemysłowca z Portland z
wchodzącego wkrótce na ekrany filmu "Mr. Brooks" Bruce'a A. Evansa.
Tajemną pasją Brooksa - a właściwie nałogiem - jest zabijanie młodych zakochanych.
W tym nowym wydaniu seryjny morderca jest - jak słusznie zauważył krytyk
Richard Dyer z "Sight & Sound" - wcieleniem czystego zła, któremu
już nie wystarcza satysfakcja czerpana z samego aktu zabijania. W zbrodni szuka
on również spełnienia swych intelektualnych i artystycznych ambicji. Czy to
poprzez precyzyjną realizację diabolicznego planu opartego na finezyjnym,
zaszyfrowanym schemacie, czy też przez staranne, iście teatralne aranżowanie
sceny przestępstwa. W efekcie każde ekranowe śledztwo zamienia się w
pasjonującą grę między zbrodniarzem a policją, w której stawką jest zwykle
życie następnej ofiary.
Jak skuteczna okazała się ta nowa receptura, świadczy fakt, że w ogłoszonym
w 2003 roku przez American Film Institute rankingu popularności ekranowych
czarnych charakterów wszech czasów pierwsze miejsce zajął Hannibal Lecter. Na
drugiej pozycji znalazł się także seryjny morderca, tyle że z innej epoki:
zagrany sugestywnie przez Anthony'ego Perkinsa legendarny Norman Bates z
"Psychozy" (1960) Alfreda Hitchcocka oraz trzech jej kontynuacji
nakręconych z udziałem tegoż Perkinsa w latach 1983 - 1990.
Gwiazdy ze śmietnika
W filmie "Zodiak", który właśnie wszedł na ekrany, David Fincher
przywołuje postać z amerykańskiego panteonu przestępców. Zodiak, jak sam się
nazwał, siał postrach w San Francisco i okolicach w latach 1968 - 1969 i tak
jak nagle się pojawił, równie nagle i bez śladu zniknął. Pozostawił do dziś
wszystkich, którzy jego sprawą się zajmowali - tak policjantów, jak i
pracowników redakcji "The San Francisco Chronicle" - w domysłach i
stanie głębokiej konfuzji wywołanej poczuciem sromotnej porażki. Nie dlatego,
że Zodiak był szczególnie wyrafinowanym mordercą czy - przy pięciu
przypisywanych mu ofiarach - rekordzistą w swym fachu.
Był jednak pierwszy, którego cała działalność była zorientowana na media.
Rozmowy telefoniczne i korespondencja, jakie prowadził z policją i prasą, nie
pozostawiają co do tego wątpliwości. W jego listach pełno było szyfrowanych
wiadomości, astrologicznych symboli, mylnych tropów, ale nade wszystko
obsesyjna dbałość o zapewnienie sobie rozgłosu stosownego do jego zbrodniczych
wyczynów.
Zodiak błyskawicznie stał się częścią amerykańskiego folkloru. Już w 1971
roku powstały dwa pierwsze filmy inspirowane jego wyczynami: "Brudny
Harry" Dona Siegela i "The Zodiac Killer" Toma Hansona. Co
więcej, Zodiak wykreowany został w mediach na rodzimy odpowiednik Kuby
Rozpruwacza, który swą ponurą legendę zawdzięcza nie tylko wyjątkowemu
bestialstwu, z jakim w 1888 roku zabił i wypatroszył pięć prostytutek z
londyńskiego East Endu, ale również pysze i arogancji, jakie kazały mu podjąć
zabawę w kotka i myszkę ze Scotland Yardem.
Film "Zodiak" - utrzymany w chłodnej, "śledczej" poetyce
nawiązującej do "Wszystkich ludzi prezydenta" - stara się precyzyjnie
zdefiniować jeden z dwóch przełomowych momentów w amerykańskiej kulturze, które
przerzuciły solidny pomost między światami zbrodni i kultury masowej i
przesądziły o błyskotliwym awansie seryjnego mordercy na supergwiazdę. Tym drugim
momentem były krwawe rajdy rodziny Mansona w sierpniu 1969 roku na rezydencje
Romana Polańskiego i Sharon Tate orazmałżeństwa LaBianca w Beverly Hills. Jedna
z teorii głosi, że powodem decyzji Zodiaka o przerwaniu ciągu morderstw po
ostatnim zabójstwie taksówkarza w San Francisco 11 października 1969 roku była
uzasadniona obawa, iż odtąd - i to na długo - w centrum uwagi będzie nie on,
lecz Manson.
Zbrodnie Mansona bowiem - choć nie całkiem pokrywające się z kryminologiczną
definicją seryjnych morderstw - w sposób doskonały wpisały się w ducha czasów
wolnej miłości, eksperymentów z narkotykami, kultu The Beatles i muzyki
rockowej oraz kompletnego rozgardiaszu ideowego lat 60. Uderzając nie w jakieś
figlujące w samochodzie czy na kocyku nad wodą nieszczęsne pary, lecz wprost w
celebrities i możnych tego świata, Manson z dnia na dzień sam stał się
celebrity. Jako grabarz epoki Woodstock, bohater lewackich, radykalnych
ugrupowań, idol neonazistów, fetysz satanistów, ikona pewnej części sceny
muzycznej, ale - przede wszystkim - idol milionowej rzeszy różnej maści świrów,
nieudaczników, frustratów i podobnych mu "białych śmieci". Choćby
takich, jak Mickey i Mallory Knox, fikcyjni bohaterowie "Urodzonych
morderców" (1994) Olivera Stone'a - satyry na kult seryjnych morderców i
sposób relacjonowania ich wyczynów w moralnie wyzerowanych mediach.
Kult zbrodni
Sprawa Zodiaka, ale przede wszystkim podniecenie, które ogarnęło całą
Amerykę po zabójstwach bandy Mansona, dały początek ogólnonarodowej obsesji na
tle seryjnych morderców. Nagle otworzyła się przed nimi szansa zaistnienia w
masowej wyobraźni. Wielu z nich zaś - i to tym najbardziej okrutnym - ów
sprzyjający klimat medialno-kulturowy zapewnił trwałą sławę. Miejsca
popełnionych przez nich zbrodni przyciągają pielgrzymki z całych Stanów,
wywiady z nimi gromadzą przed telewizorami miliony widzów, ich podobizny na
T-shirtach stały się częścią scenerii amerykańskich ulic. Pisane za kratami
wspomnienia mają wielomilionowe nakłady, a pamiątki osiągają na giełdach kolekcjonerów
zawrotne ceny. Oni sami otrzymują wysokie honoraria za prawa autorskie na
przykład do ekranizacji ich historii czy wykorzystywania nazwisk i wizerunków w
różnych publikacjach i gadżetach. Dostają sterty listów od wielbicieli, bywa,
że z czekami na wysokie sumy, oraz niczym gwiazdy kina czy rocka udzielają w
więzieniach audiencji fanom ustawiającym się w długich kolejkach.
Im bardziej ohydna zbrodnia, im więcej ofiar, tym wyższe miejsce w
notowaniach popularności. Rekordy bije Jeffrey Dahmer, kanibal z Milwaukee,
mający na sumieniu 17 młodych ludzi. W pamięci zachował się stracony w 1995 r.
przedsiębiorca z Chicago John Wayne Gacy, zabójca 33 osób, głównie chłopców i
młodych mężczyzn, których w większości pochował pod fundamentami swego domu.
Fascynacją wciąż otoczony jest Ted Bundy, który w latach 1974 - 1978
zamordował 30 kobiet (przypuszcza się, że było ich znacznie więcej), często
gwałcąc je przed i po śmierci, a swoją karierę już jako gwiazda zakończył w
1989 roku na krześle elektrycznym.
Zwyczajni i tragiczni
Prawda o seryjnych mordercach jest jednak o wiele bardziej prozaiczna niż
fikcja. Robert Graysmith, były rysownik z "The San Francisco
Chronicle", autor dwóch książek o Zodiaku, na których Fincher oparł swój
film, mówi wprost: - Seryjni mordercy są nieustającą fascynacją dla filmowców,
ale większość ich produkcji ma charakter czysto koniunkturalny lub wprost trąci
fałszem. Większość z nich wpada w pułapkę mitologizacji seryjnych morderców
bądź prezentuje ich jako bohaterów egzotycznych, jakby nie z tego świata. W
rzeczywistości są to postacie raczej zwyczajne i tragiczne.
Słowa Greysmitha pokrywają się z badaniami kryminologów i psychopatologów.
Seryjni mordercy - a na to miano można zasłużyć, zabijając co najmniej trzy
osoby w podobny sposób i w pewnym odstępie czasu - to po prostu psychopaci
doskonale ukryci za maską normalności i często uprzejmości. W modelowych
przypadkach spełniają wszystkie trzy punkty tzw. triady MacDonalda: w
dzieciństwie przejawiali skłonności do piromanii, znęcali się nad zwierzętami
oraz moczyli się w nocy. Zazwyczaj pochodzą z patologicznych lub
dysfunkcjonalnych domów, gdzie byli ofiarami przemocy fizycznej lub
psychicznej. Mogą być obdarzeni ponadprzeciętną inteligencją, ale to akurat nie
jest normą. W tym gronie bowiem równie liczni są debile.
Co ważne, seryjni mordercy zabijają powodowani impulsem zrealizowania swych
seksualnych fantazji i zaspokojenia potrzeby dominacji kompensującej ich niską
samoocenę. Dlatego na ofiary wybierają osoby słabsze (kobiety, a szczególnie
prostytutki z racji ich zawodowej dostępności) bądź w ich mniemaniu niżej
usytuowane w społecznej hierarchii (mniejszości rasowe, homoseksualiści,
dzieci).
Kino europejskie nigdy nie poddało się tak bezwarunkowo zniewalającemu
urokowi seryjnych morderców, jak to uczynił Hollywood, choć ostatnio mocno
przereklamowane "Pachnidło" Toma Tykwera zdaje się tej tezie
przeczyć. Jednak po tej stronie Atlantyku co ambitniejsi twórcy zwykle starali
się seryjnych morderców pokazywać realistycznie jako ludzi upośledzonych
psychicznie (choćby głośny "Podglądacz" Michaela Powella z 1960 r.
czy "10 Rillington Place" Richarda Fleischera z 1971 r. z Richardem
Attenborough w roli autentycznego mordercy Johna Reginalda Christie)
Europejczycy umieszczali także swoje postaci zabójców w jakimś konkrecie
historycznym jako objaw choroby czasów. Tak to już w 1926 roku uczynił Alfred
Hitchcock w "Lokatorze" luźno nawiązującym do sprawy Kuby
Rozpruwacza, Fritz Lang w klasycznym "M - Morderca" (1931)
inspirowanym sprawą Petera Kurtena zwanego Wampirem z Düsseldorfu i osadzonym w
realiach schyłku Republiki Weimarskiej. Z kolei akcja doskonałego "Śladu
krwi" (1963) Francois Letteriera rozgrywa się na prowincji po klęsce wojny
francusko-pruskiej.
Proroctwo Hitchcocka
Amerykanom także nie można odmówić kilku rzetelnych produkcji, zwłaszcza
kiedy trzymali się faktów i nie popuszczali wodzy fantazji. Tak jak Richard
Fleischer w "Dusicielu z Bostonu" (196, rekonstrukcji przypadku
Alberta DeSalvo, który na początku lat 60. zabił 13 kobiet, najpierw je
brutalnie gwałcąc, a potem dusząc pończochami lub innymi częściami damskiej
bielizny, zawsze na koniec zawiązanymi w fantazyjne kokardy. A dalej - Terence
Malick w "Badlands" (1973) przypominającym głośną w latach 50. sprawę
pary młodocianych zabójców Starkweather - Fugate czy John McNaughton w
"Henrym? Portrecie seryjnego mordercy" (1990) relacjonującym
zbrodniczą działalność Henry'ego Lee Lucasa z Blacksbury w Appalachach, który
przyznawał się do 3000 zabójstw popełnionych w latach 60. i 70., choć
udowodniono mu 11. Czy wreszcie Spike Lee w "Morderczym lecie" (1999)
opisującym psychozę, jaką wywołały latem 1977 roku w Nowym Jorku zabójstwa
dokonywane na flirtujących w samochodach młodych parach przez Davida Berkovitza
nazywającego się Synem Sama, a ostatnio Patty Jenkins w "Monster"
(2003) z nagrodzoną Oscarem Charlize Theron w roli Aileen Wuornos, prostytutki
z Miami, która zamordowała siedmiu klientów i została stracona w 2002 r.
Jednak są to wyjątki. Dla Hollywood rangę filmowego odpowiednika wzorca
metra z Sevres ma "Psychoza" Hitchcocka. Mistrz suspensu - który
zawsze podkreślał, iż nie ma innych ambicji poza tą, by po obejrzeniu jego
filmów ludzie wychodzili kina z taką samą przyjemnością, "z jaką budzą się
z sennego koszmaru" - dobrze wiedział, co mówi, gdy stwierdził:
"Kilka całkiem sympatycznych morderstw było dziełem zawodowych
zbrodniarzy. Jednakże wszystko to co najciekawsze w tej dziedzinie jest dziełem
amatorów. Amatorów wybitnie utalentowanych, ale amatorów. To właśnie ci ludzie
wykonują swoją pracę z godnością, smakiem i oryginalnością - zaletami dodatkowo
wzbogaconymi poczuciem humoru".
Stary, przewrotny Hitch jakby przeczuwał, że po mocno już przedatowanych
westernowych oprychach i odchodzących do historii barwnych gangsterach ery
prohibicji nowym czarnym charakterem jak raz skrojonym na nasze współczesne
czasy będzie psychopatyczny seryjny morderca. ¦
Harold Shipman, który na początku 2000 roku został w Anglii
aresztowany i skazany na dożywocie, uśmiercił prawdopodobnie 260 osób, głównie
kobiety w średnim i starszym wieku. Obecnie został ponownie postawiony przed
sądem, a śledztwo obejmuje przypadki 429 osób, które zmarły w niewyjaśnionych
okolicznościach w latach 1975-98.
Jeśli podejrzenia prokuratora się potwierdzą, Shipman znajdzie się w ścisłej
czołówce grona seryjnych morderców. Jego dokonania są bowiem nieporównywanie
większe niż "osiągnięcia" choćby takich sław w tej dziedzinie, jak
Ricardo Ramirez czy Ted Bundy. W tej sprawie jednak najbardziej szokuje nie
liczba ofiar, lecz fakt, że Shipman był cieszącym się powszechnym szacunkiem
lekarzem domowym, a jego ofiary to jego pacjenci.
"Doktor śmierć"
Shipman systematycznie mordował od marca 1975 r. do czerwca 1998 r., najpierw w
przychodni w Touton, a następnie w Hyde pod Manchesterem, gdzie pracował do
momentu aresztowania. Swoich pacjentów zabijał zastrzykami morfiny w ich
własnych łóżkach lub w przychodni. Sam wystawiał akty zgonu, a potem w
przekonujący sposób łączył się w bólu z rodzinami "nagle zmarłych"
osób. W kilku przypadkach sfałszował testamenty, czyniąc z siebie głównego
spadkobiercę majątku po nieboszczyku. Wpadł przypadkiem, kiedy rodzina
ostatniej uśmierconej osoby, 81-letniej Kathleen Grundy, zakwestionowała
testament.
Sędzia Smith, prowadzący sprawę Shipmana, uważa że morderca był nałogowcem
zabijania. W brytyjskich mediach jego makabryczny pociąg do mordu wiązano z
przeżyciem śmierci matki, która zmarła na raka. Shipman robił jej zastrzyki z
morfiny, aby uśmierzyć ból. Prawdopodobnie w przypadku swoich pierwszych ofiar
robił tak samo, tyle że w pewnym momencie, trzymając w ręku strzykawkę z
narkotykiem, zdał sobie sprawę, że jest panem życia i śmierci swoich pacjentów
i zaczęło mu imponować, że ma nad nimi absolutną władzę. Czuł się bezkarny, bo
przez 23 lata żaden z jego zwierzchników nie zwrócił uwagi na fakt, że w
prowadzonej przez Shipmana przychodni współczynnik śmiertelności pacjentów jest
nieporównywanie większy niż gdziekolwiek w Wielkiej Brytanii.
Złoczynne układy
Czy w horoskopie doktora można znaleźć układy planet, które wyraźnie
wskazywałyby, że to morderca? Otóż nie, ale jest tam szereg konfiguracji, które
- jeśli przejawiałyby się na najbardziej prymitywnym poziomie - mogłyby
uzasadniać jego mordercze inklinacje.
Słońce znajduje się u niego w konfiguracji z zimnym i nieczułym Saturnem.
Tworzy także układ z żądnym krwi Marsem, jak również z kaleczącym i raniącym
Chironem (co ciekawe, jest to symbol sztuki lekarskiej) oraz ze śmiercionośnym
Pholusem.
A jak jest w horoskopach innych seryjnych morderców?
Ricardo Ramirez, który znany był z tego, że nawet jak na seryjnego zabójcę,
mordował w zastraszającym tempie (w ciągu tygodnia potrafił zabić w okrutny
sposób nawet kilka osób), ma w swoim horoskopie parę bardzo nieprzyjemnych
układów. Słońce znajduje się u niego w konfiguracji z Plutonem, planetą kojarzoną
z masowymi zabójstwami, przemocą, okrucieństwem, terroryzmem.
Ramirez mordował od czerwca 1984 roku do sierpnia 1985 roku. W tym czasie
pozostawał pod wpływem tak zwanych malefików, czyli planet złoczynnych, za
jakie uchodzą Uran, Neptun i Pluton (tworzące u niego na dodatek kwadratury ze
Słońcem, Księżycem i Marsem).
Inny seryjny morderca, David Berkowitz, z upodobaniem zabijał pary flirtujących
nastolatków, ale szczególną nienawiścią pałał do kobiet. Syn Sama - bo tak sam
się określał - powiedział kiedyś: "Obwiniam kobiety za wszystko. Wszelkie
zło, jakie zdarza się na świecie, w jakiś sposób sprowadza się do nich".
Berkowitz ma w swoim horoskopie cztery planety w dualnym, podwójnym znaku
Bliźniąt. Być może dlatego zabijał pary.
Fatalny wpływ traumy
Wielu seryjnych morderców miało w dzieciństwie albo w wieku dojrzewania jakieś
traumatyczne przeżycia. Berkowitz, na przykład, został głęboko zraniony, kiedy
porzuciła go biologiczna matka. W horoskopie tego mordercy znajdujemy złączenie
Księżyca z zadającym rany Chironem.
W przypadku Teda Bundy'ego motywacją do zbrodni okazał się zawód miłosny. To
traumatyczne wydarzenie miało miejsce, gdy w jego horoskopie Neptun, planeta
iluzji i rozczarowania, znalazł się dokładnie na Wenus - symbolu miłości i
kobiety. Bundy zaczął więc mordować młode, ładne kobiety. Prawie zawsze gwałcił
je i dusił, ewentualnie bił metalowym prętem.
Astrolodzy od dawna próbowali dostrzec w gwiazdach, czy istnieje coś takiego,
jak horoskop mordercy, czyli specyficzny układ planet zdradzający mordercze
zamiary człowieka. Niczego takiego jednak nie znaleziono. Gwiazdy nikogo nie
zmuszają do czynienia zła. Niemniej niektóre konfiguracje sygnalizują, że dany
człowiek może się dostać we władanie sił ciemności, jeśli wystąpią określone
okoliczności zewnętrzne. Nikt nie rodzi się mordercą. Shipman także nie musiał
nim zostać.
Piotr Piotrowski, B.R.
Makabryczne
rekordy
Pedro Alonso Lopez z Kolumbii, znany jako "Potwór z And",
podejrzany był o zamordowanie 300 osób w Kolumbii, Ekwadorze oraz Peru.
Skazany w 1980 r.
Luis Alfredo Gavarito z Kolumbii w 1999 r. przyznał się do zabójstwa 199
osób.
Donald Henry Gaskins z USA - w 1991 r. wykonano na nim wyrok śmierci za
popełnienie około stu morderstw. Javed Iqbal, Pakistańczyk, został skazany w
marcu 2000 r. na śmierć za zamordowanie i okaleczenie setki dzieci.
Delfina i Maria de Jezus Gonzales z Meksyku, właścicielki burdelu, zostały
skazane w 1964 r. na 40 lat więzienia za zamordowanie 80 kobiet i co najmniej
11 mężczyzn.
czyli myśli, kłębiące się myśli, potoki myśli i zapętlić :p podsluchane i podkradzione od Tofika
I tak przy skrabaniu w dziale bejbe zuo powstała nowa kategoria, bo gdzież ja upchnę te moje ciągi Fibonacciego, jak nie tutaj. Wypisze się człowiek i od razu lepiej :]
Natchnął mnie taki oto cytat: "Młodość jest jak te butelki, które rozwaliliśmy o ściany. Nie można ich skleić z powrotem, ale jest jeszcze szansa dla każdego z nas, marnych ciuli, że przyjdzie ktoś, kto ułoży z nich witraże. " Piotr Czerwiński
Co do młodości to widzę jak brakuje jej wielu osobom, nie w sensie faktycznym ale mentalnym. Ja nie wiem co się dzieje, chyba jakaś masowa akcja bunkrownicza i chyba mnie coś ominęło. Gdzie Ci marni żule z tamtych lat? Póki co pytanie retoryczne. Może jutro troszki zapętle bo za 15 minut pędzę do domu i już myślami jestem gdzie indziej.
Chcecie wiedzieć, co to jest
zło? Zło to spluwa. Zło to palant, który wkłada do niej naboje. Zło to drzewo,
które piorun rozszczepił na pół. To nie jest jakaś jedna rzecz. To jest
wszystko, co stało się złe. Dziecinny rowerek jest w porządku, ale gdy leży przewrócony
w kałuży krwi, to już inna sprawa.
Taki mały wstęp przed profilami "miłych panów", a mowa tu o seryjnych zabójcach.Chyba mam zbyt dużo artykułów, zdjęć i przemyśleń, bo nie wiem od czego zacząć :pTo wkleję sobie zdjęcie: pasuje tutaj jak nic
Podaję link do najlepszej strony o tej tematyce: http://zbrodnia.of.pl/ Jak na nią wpadłam to miałam lektury na tydzień.Nie ma sensu żebym kopiowała info z niej, dlatego zamieszczę kilka artykułów, które odnalazłam kiedyś w sieci.
Niestety nie zapisałam z jakiego źródła pochodzi ten artykuł, więc nie mogę go podpisać. Jednak podkreślam, że zarówno ten jak i pozostałe nie są moim dziełem.
Seryjni mordercy
Teorii dotyczących seryjnych morderców jest wiele, prawdopodobnie więcej niż
samych przestępców, których dałoby się zakwalifikować do tego gatunku. Od lat
psychologia, psychiatria i służby kryminalne prowadzą badania na tym polu.
Czasem do przestępców seryjnych zalicza się osoby, które popełniły dwie
zbrodnie tego samego charakteru – trzy
i więcej zbrodni na pewno świadczą o seryjności działań. Seryjny morderca to
osoba nie zdolna do osoba niezdolna do miłości, o bardzo dużym stopniu niepewności.
Już jako kilkulatek stroni od ludzi. Jest samotnikiem namiętnie rozwijającym
swoją wyobraźnię. Potrzebuje więcej podniet, bodźców, tzw. „dreszczyka emocji”
niż przeciętny człowiek. Najczęściej działają samotnie. Znane są jednak
przypadki duetów seryjnych morderców
np. „Dusiciel z wzgórz” okazał się parą kuzynów, którzy porywali, gwałcili,
torturowali
i zabijali młode dziewczyny. Inna para to Henry Lee Lucas i Ottis Tool, którzy
przez długi czas zabijali wspólnie. Zdarzały się też pary mieszane t.j. Paul
Bernaldo i Karla Homolka,
a także Ian Brady i Myra Hindley. Obie pary zabijały młode dziewczęta, nawet
dzieci na tle seksualnym. Seryjny morderca, jak każdy psychopata nigdy nie
czuję się winny, nie ma wyrzutów sumienia. Jego przestępstwa pozbawione są
zewnętrznej motywacji, napędzają je siły wewnętrzne tkwiące w jego psychice.
Mordercy protestują przeciwko utraceniu tożsamości i nie chcą pogodzić się z
rolą jaką narzuca im społeczeństwo. Tutaj zawsze
w biografii tego typu sprawców pojawia się moment uznany przez sprawcę za
wielką, niesprawiedliwą i niezasłużoną krzywdę. Peter Kurten podczas procesu
powiedział: „Jedni piją, drudzy palą, ja musiałem zabijać. Taki był mój
przeklęty los i takie przeznaczenie. Od młodych lat widziałem w koło tylko zło
i ludzką podłość. Każdy na tej sali mógłby na pewno przypomnieć sobie
najszczęśliwszy dzień w życiu. Ja takiego dnia nie miałem. Wyrastałem
w atmosferze pijaństwa, kłótni, bójek i dzikich awantur. Jestem owocem
środowiska, w którym się wychowałem. Czy nie mówi się, czym skorupka za młodu
nasiąknie, tym na starość trąci? Przez jakiś czas próbowałem iść prostą drogą,
ale nieznane siły zepchnęły mnie potem na całkiem inne ścieżki”1
Pierwsze istotne wydarzenia mają miejsce w dzieciństwie. Jednym z bardziej
wyraźnych jest rozłam rodziny, śmierć ojca, oddanie do sierocińca, rozwód
rodziców itp. O rozwodzie rodziców jako silnym negatywnym przeżyciu wspomina
m.in. Ed Kemper i Jeffrey Dahmer. Do sierocińca trafił Carl Panzram i Albert
Fish. Zdarzenie to było w interpretacji morderców kluczowym wydarzeniem ich
życia. Prawie wszyscy byli w dzieciństwie prześladowani psychicznie, fizycznie
albo seksualnie. Jako dzieci wielokrotnie torturowali zwierzęta np.
u Peter`a Kurten`a sadyzm rozbudził w nim sąsiad, z zawodu hycel, który nauczył
chłopca torturować i zabijać psy, w czym mały Peter wkrótce odnalazł
przyjemność.
Zmienną cechą seryjnych morderców jest niewiarygodna zdolność ukrywania swej
kryminalnej aktywności. Rzadko zdarza się by jego najbliżsi krewni, sąsiedzi
czy znajomi zorientowali się, co do jego działalności. Czasem nawet organy
ścigania mają trudność
w rozpoznaniu sprawcy. TedBundy –
najsłynniejszy z morderców Ameryki – przez pewien czas, jako ochotnik, pomagał
śledczym w kilku zabójstwach, które popełnił. Seryjni mordercy to także
zjawisko typowo miejskie. Tylko w mieście mogą dokonać zbrodni i ukryć się
w tłumie anonimowych mieszkańców. W mniejszych skupiskach ludzkich np. wsiach
zbrodnie maja zupełnie inny charakter. U nas w kraju, a także w Stanach
Zjednoczonych (przede wszystkim na początku wieku XX) zdarzają się seryjni
mordercy pochodzenia wiejskiego (czy farmerskiego), są to jednak osobnicy
znajdujący się w ciągłym ruchu (typ podróżnika, włóczęgi, trampa przykładem
może być osoba Carla Panzrama)2
W pracy swojej chcę przedstawić Perer`a Kurten`a – „Wampira z Dusserdolfu”
jako przykład seryjnego mordercy.
Koncepcja psychoanalizy.
Według tej koncepcji przyczyną działań ludzkich, są wrodzone instynkty,
biologiczne popędy. Głównym celem naszych działań jest zredukowanie napięć
wewnętrznych, które powstają podczas konfliktu między potrzebami osobistymi, a
stawianymi wymaganiami przez społeczeństwo. „według teorii Freuda, każda
osoba jest w pełni zdeterminowana przez kombinację wyposażenia dziedzicznego i
doświadczeń z wczesnego dzieciństwa”.3U Peter`a Kurten`a ta „kombinacja” była bardzo wymowna, gdyż pochodził on z
rodziny patologicznej, gdzie ojciec był alkoholikiem i sadystą. Geny
odziedziczone po nim ujawniły się
w dorosłym życiu. Atmosfera domu rodzinnego także wpłynęła na jego życie
powodując to,
że został seryjnym mordercą. Jego agresja (jako osoby dorosłej) była reakcją na
wrogość, którą pierwotnie odczuwał jako dziecko wobec rodziców – szczególnie
ojca - i całego środowiska, w którym się wychowywał. „Przyszedłem na świat
jako piąte dziecko w nędznej
i wiecznie głodującej rodzinie. Mój ojciec, dorywczy robociarz, chlał i chlał
od rana do wieczora. Nigdy nie widziałem go trzeźwym. Skąpił na czym tylko się
dało, nie dawał matce na zakup chleba albo kartofli, byle tylko mieć na jeszcze
jednego sznapsa. Piwo było dla niego za słabe, doił mocną ale drogą gorzałę z
czystego żyta. Bez powodu wpadał we wściekłość, a wtedy tłukł na oślep każdego
, kto mu wpadł pod rękę. Bił do upadłego mnie, braci, biedną mamę i moje
wszystkie siostry.”4
Uważa się, że według tej koncepcji działania dewiacyjne ludzi są
ukierunkowane przez siły wewnętrzne. Wszelkie zachowanie jednostki, jej reakcje
lękowe lub agresywne, dają wyobrażenie o motywacji człowieka o jego zdrowiu
psychicznym lub patologii. „ Freud uważał, że główną przyczyną ludzkich
trudności jest sprzeczność między popędem seksualnym a społecznym tabu, między
id a superego.”5Peter Kurten był przykładem osoby, u której dominowała osobowość id.
Chodziło mu tylko o zaspokojenie swoich popędów i potrzeb seksualnych. Motorem
jego morderstw i gwałtów były przede wszystkim jego fascynacje seksualne. Chcąc
je zrealizować był w ciągłej pogoni za nimi, ponieważ nigdy rzeczywistość nie
sprawiała mu tyle satysfakcji na ile zapowiadały to fascynacje. Odkrył, że
największą przyjemność sprawia mu widok krwi i pośmiertne drgawki ofiary. Przez
pewien czas mieszkał z prostytutką, która pozwalała mu na sadystyczne
traktowanie jej podczas stosunków. Wkrótce jednak doszedł do wniosku, że nie
daje mu to takiej satysfakcji jak widok krwi. Podczas napadów gwałcił i zabijał
swoje ofiary co doprowadzało go do orgazmu. Przez pewien czas próbował
prowadzić przyzwoite życie pracując w fabryce w Altenburgu, lecz po dwóch
latach jego skłonności sadystyczne dały znać o sobie. Nie miał określonego typu
ofiar, zabijał zarówno kobiety, mężczyzn jak i dzieci. Został ujęty w 1929r.
Podczas procesu oddano go w ręce psychiatrów, którzy stwierdzili: „Peret
Kurten wiedział, że dopuszcza się czynów zbrodniczych. Miał tego pełną
świadomość. Gdy tylko coś zauważył groźnego, natychmiast rzucał się do
ucieczki. Zatem wiedział, że dopuszcza się zbrodni
i nigdy nie tracił poczucia rzeczywistości. Tylko jedna jest okoliczność
łagodząca. Ten człowiek jest bez wątpienia obciążony genetyczni.”6
Podsumowując koncepcję psychoanalizy, można powiedzieć, iż „Wampir z
Dusserdolfu” był ewidentnym przykładem seryjnego mordercy, u którego
zaspokojenie swoich potrzeb seksualnych zdominowało zasady panujące w
społeczeństwie.
Koncepcja behawiorystyczna
„Według modelu behawiorystycznego zachowanie jest w pełni zdeterminowane
przez warunki środowiskowe. Ludzie nie są ani dobrzy, ani źli, ale po prostu
reagujący na swoje środowisko. Ich zachowanie można zmienić, organizując odpowiednio
warunki środowiskowe. Mimo iż dziedziczność może nakładać pewne ograniczenia na
efektywność oddziaływania środowiska, to jednak psychologowie behawioralni
zakładają, że to, czym ludzie się stają jest w głównej mierze wynikiem
wychowania (doświadczenia), a nie ich wrodzoną naturą.”7Podobnie, jeśli ludzie są agresywni, popełniają przestępstwa, to nie
dlatego, iż mają charakter psychopatyczny czy neurotyczny, ale dlatego, że żyją
w warunkach źle zorganizowanego środowiska społecznego. Inną cechą behawioryzmu
jest to, iż zakłada ona, że główną rolę
w sterowaniu zachowaniem odgrywają wzmocnienia pozytywne i negatywna.”8
Wzmocnienia negatywne (czyli kary), z reguły nie eliminują aspołecznych
zachowań, tylko je tłumią lub zahamowują na pewien okres. W omawianym przeze
mnie przypadku Peter`a Kurten`a można uznać, że jego zachowanie (wg. tej koncepcji)
było wynikiem środowiska w jakim się wychował. Rodzina, w której dorastał, oraz
atmosfera pijaństwa, kłótni, bójek i dzikich awantur wpłynęła na jego
zachowanie jako człowieka dorosłego. Można stwierdzić, że w jego dzieciństwie
główną rolę odgrywały wzmocnienia negatywne. Oczywiście zdarzały się
momenty wzmocnień pozytywnych, np. gdy podczas mroźnej zimy opiekowała
się nim sąsiadka. Również przez pewien okres, po wyjściu z więzienia, znalazł
pracę w fabryce
i udzielał się aktywnie w związkach zawodowych. Niestety trwało to zaledwie
cztery lata i nie zdołało to przesłonić wzmocnień negatywnych.„O
latach młodości nigdy nie mogłem zapomnieć. Byłem wtedy przeklętym wyrzutkiem
pariasem. Na każdym kroku bito mnie
i katowano. Ile razy pod batem ojca straciłem przytomność. Ile razy prawie już
zdychałem
z głodu .Miałem o tym wszystkim zapomnieć? Nie dało rady. Co wryje się w
pamięć, tego dłutkiem nie odbijesz.”9
Często zdarza się, że ludzie chcąc uniknąć następnych wzmocnień negatywnych,
planują bardziej skomplikowane reakcje aby zmniejszyć ryzyko otrzymania kary.10
Przestępca często w trakcie pobytu w więzieniu analizuje swoje dotychczasowe
napady, włamania i kradzieże, bada wszystkie błędy które popełnił a następnie
próbuje opracować doskonały plan kolejnych przestępstw, który nie zawierałyby
poprzednich błędów i pomyłek. Zatem kara jaka spotyka przestępcę nie tylko nie
wyeliminuje zachowań aspołecznych ale powoduje, iż zachowania te stają się
bardziej skuteczne. Peter Kurten po odbyciu wyroku za kradzieże i włamania
z zemsty zaczął podpalać stajnie, obory i stodoły. W tym czasie miał już
opracowany plan ucieczki i chowania się w śród tłumu gapiów. Podczas
popełniania morderstw, również ciężko było go schwytać, gdyż sposób jego
działania zmieniała się tak często, że policja nie potrafiła na początku
dostrzec żadnego wzoru jego dziania. Potem doszli do wniosku, że
w mieście działa dwóch „wampirów”, ponieważ wydawało się niemożliwe by ten sam
człowiek już następnego dnia po zabiciu dwóch osób wybrał się na poszukiwanie
kolejnej ofiary.
Podsumowując, można stwierdzić, że zarówno Peter Kurten jak i inni seryjni
mordercy to ludzie, których reakcje były spowodowane przez środowisko.
Według rozpatrywanej koncepcji behawiorystycznej, to nieludzie są źli, lecz
środowisko, w którym oni żyją.
W związku z tym nie można ich karać za grzechy, których nie popełnili. Nowy
wspaniały świat musi być światem bez wzmocnień negatywnych. To nie kara
wyeliminuje z życia społecznego lenistwo, agresję czy zbrodnie. Aspołeczne
zachowania można usunąć jedynie przez odpowiednie ukształtowanie środowiska,
przez likwidację zagrożeń i rozwój kultury.”11
Koncepcja poznawcza
Zgodnie z tą koncepcją zachowanie człowieka zależy nie tylko od bieżących
informacji płynących ze świata zewnętrznego, ale również od wiedzy zdobytej w
toku uczenia się
i myślenia. „Z poznawczego punktu widzenia ludzie działają, ponieważ
myślą, a myślą, ponieważ są istotami ludzkimi, mającymi jedyne w swym rodzaju
wyposażenie umożliwiające im tę czynność, a mianowicie strukturę
swego mózgu.”12
Struktury poznawcze jak również środowisko zewnętrzne są centralnym
składnikiem osobowości jednostki, ponieważ dają jej poczucie własnej osobowości
oraz orientacje
w środowisku zewnętrznym. Biorąc pod uwagę tę koncepcję, seryjnych morderców
można określić jako ludzi, na których ogromny wpływ miał świat
zewnętrzny, a wiedza zdobyta (głównie w dzieciństwie) spowodowała, iż stali się
oni mordercami. Człowiek podejmuje wielorakie działania celowe, których
przebieg bywa regulowany przez wiedzę zakodowaną
w umyśle i informację płynące ze środowiska. Dzięki tym działaniom zaspokaja
swoje potrzeby.13
Na przykładzie Peter`a Kurten`a można stwierdzić, iż jego działania były
spowodowane doświadczeniami z dzieciństwa. Dzieci często były świadkami
stosunków seksualnych swych rodziców, zdarzały się też kazirodcze stosunki ojca
z córkami, a także stosunki pomiędzy rodzeństwem (pierwszą kobietą w życiu
„wampira” była jedna z jego sióstr). Jego pierwszym przyjacielem był sąsiad –
hycel – on nauczył go jak torturuje się psy. Podczas gdy normalne dziecko
zareagowałoby niechęcią na tego typu znajomość, Peter bardzo był z owej
przyjaźni zadowolony. Niebawem zaczął eksperymentować na owcach
i kozach z pobliskich zagród. Cała brutalność i sadystyczna impulsywność była
tym czego nauczył się w domu rodzinnym.
Według koncepcji poznawczej, człowiek wybiera i podejmuje pewne działania po
to, aby osiągnąć pewne wartości, zwane potocznie celami. Zgodnie z tą koncepcją
siły motywujące ludzkie czynności są zawarte w procesie informacyjnym
zachodzącym w umyśle ludzkim. Motywacja jest pochodna wobec danych o świecie i
o sobie samym.14
W przypadku seryjnych morderców głównym cele jest zaspokojenie ich potrzeb
najczęściej seksualnych. Wiedza
o świecie sprowadza się do przeżyć z dzieciństwa, a zatem do środowiska pełnego
dzikich awantur i dewiacji. Wszystko co wycierpieli w dzieciństwie, zniszczyło
ich ludzkie uczucia, dlatego większość z nich nie miało litości dla swoich
ofiar.
Kształcenie osobowości jednostki i jej zdolności działania jest możliwe
dzięki systematycznemu wychowaniu. Wychowanie to potężny środek oddziaływania
na człowieka. Naczelnym celem wychowania jest kształcenie osobowości człowieka.15
Niestety zarówno Peter Kurten jak i inni seryjni mordercy nie mogą pochwalić
się odpowiednim wychowaniem. Środowisko w jakim dorastali, nie przyczyniło się
w żadnym stopni do wykształcenia w nich cech ludzkich, dzięki którym mogliby
prawidłowo funkcjonować w danym społeczeństwie. Można więc stwierdzić, że
psychopaci są sprawcami, którzy w swoim życiu popełniali różnorodne
przestępstwa, sprawując nad nimi poznawczą kontrolę, to znaczy ich przebieg
zależał w dużej mierze od wiedzy zakodowanej w ich umyśle jak również od
informacji płynących z otaczającego ich środowiska.
Socjobiologia
Celem nadrzędnym każdej istoty żywej jest zapewnienie przetrwania jej
indywidualnego zasobu genetycznego, a więc genów, nośników wszystkich cech
istoty żywej. Na przykładzie Peter`a Kurten`a można uznać, że geny
przekazane mu przez ojca uczyniły z niego seryjnego mordercę. O ile rodzina
matki, potulnej, zahukanej w sobie, składała się ze spokojnych, ciężko
pracujących ludzi, o tyle w rodzinie ojca występowały przypadki przestępczości,
alkoholizmu, chorób psychiatrycznych i paraliżu. Kurten był więc jednostką
aspołeczną. Nie zdążył on jednak przekazać swoich genów, ponieważ nie doczekał
się potomstwa. Z kobietą, z którą się ożenił nie miał dzieci, a wszystkie swe
ofiary na których dopuścił się gwałtu zabijał.
Według socjobiologi można uznać, że agresja jest nieodzownym czynnikiem
pozwalającym przetrwać. W zachowaniu seryjnych morderców można zauważyć, że
główną rolę odgrywa działanie genów odpowiedzialnych za agresję. Testy jakie
przeprowadzono na psychopatach wykazały, że ich system nerwowy jest znacznie
inny – odczuwają mniej strachu i obaw niż normalni ludzie, a ich niski stopień
pobudzania powoduje impulsywność i agresję. W tym celu przeprowadzono badania
na grupie socjopatów i grupie jednostek zdrowych. Grupy te dostały zadanie,
którym było nauczenie się, która dźwignia włącza czerwone światło, przy czym
jedna z dźwigni aplikowała wstrząs elektryczny. Obie grupy popełniły tą samą
ilość pomyłek, ale grupa zdrowych szybciej nauczyła się unikać karania
wstrząsem elektrycznym, podczas gdy socjopatom zajęło to dużo więcej czasu, Ta
potrzeba wysokiego poziomu stymulacji czyni z psychopaty osobnika szukającego
niebezpiecznych sytuacji. Agresja, która jest naturalnym czynnikiem
pozwalającym przetrwać w społeczeństwie, lecz u seryjnych morderców objawia się
w sposób patologiczny. Peter Kurten zaspokajał swój popęd seksualny a następnie
mordował swoje ofiary. Przyznał się do 79 morderstw, ale został skazany za 9
które mu udowodniono.
Nawet jeżeli seryjni mordercy potrafią ograniczyć swoje działania na jakiś
czas, to jednak zawsze wracają do swoich sadystycznych obsesji. Peter Kurten po
dwóch latach „dość przyzwoitego życia” wrócił do swych morderstw. „Odbiło mi
dopiero w 1925r. Mieszkałem wtedy w Dusseldorfie, wiodło mi się dobrze,
pracowałem jako kierowca ciężarówki. Przechodziłem wtedy późnym wieczorem
ciemną ulicą. Przez otwarte okno zauważyłem, że na piętrze śpi w pokoju jakiś
półnagi chłopiec. Coś mną szarpnęło. Wskoczyłem do pokoju przez okno i
przeciąłem nożem krtań tego dziecka. Potem piłem długo jego krew...”16
Innym aspektem tej teorii są występujące we wszystkich społecznościach
surowe tabu dotyczące kazirodztwa. Peter Kurten wychowany był w rodzinie, gdzie
atmosfera była wyjątkowo ‘zwichrowana”. Dzieci często były świadkami
stosunków seksualnych swoich rodziców, a nawet kazirodczych stosunków ojca z córkami,
za co został uwięziony na trzy lata. Cała brutalność i sadystyczna impulsywność
Kurten`a była tym czego nauczył się
w domu. Dziedzictwo (czyli geny odziedziczone po ojcu), oraz otoczenie miało
wpływ na to, że urodził się z sadyzmem we krwi.
Na imię ma Avril. To jej historia, która już na
zawsze odmieniła życie elfa. Dorastała w lesie Lerion, gdzie się również
urodziła. Jej rodzice byli poważanymiwśród elfów magami. Od dzieciństwa wpajali Avril tajniki elfiej magii.
Jednak dziewczynka zawsze niechętnie uczyła się zaklęć. Wolała bawić się z
kolegami. Strugała z drzewa dzidy i prosiła rodziców o zakup elfiego miecza.
Oni jednak pozostawali przy swoim postanowieniu, iż miecz taki dostanie wraz ze
skończeniem 14 lat. Avril już w wieku siedmiu lat przejawiała zdolności w walce
ze swoimi rówieśnikami. Jednak z niecierpliwością czekała na te magiczne,
upragnione 14 urodziny. Czas mijał, a dziewczynka w walce z kolegami szkoliła
swoje umiejętności. Już wtedy była niezwykle silna i szybka. Natomiast spośród
swoich rówieśniczek wyróżniała się niezwykłą urodą. Już tydzień przed
wymarzonym dniem Avril chodziła zniecierliwiona. W końcu nastał 13 września.
Dzień wyjątkowy i jak się później okazało pamiętny. Dzień, który Avrilmiała za kilka lat wielokrotnie wspominać.
Nie mogła opanować emocji i radości, gdyw ręku trzymała elfi miecz. Rączkę miał złotą, ozdobioną elfimi liśćmi.
Ostrze długie i ostre, lśniące w blasku słońca. Rodzicie z niepokojem patrzyli
na podekscytowaną dziewczynę, która zaraz pobiegła wypróbować nowy nabytek.
Niestety ucierpiały na tym drzewa, gdyż nikt nie chciał stanąć z nią do walki.
Zawiedziona Avril stwierdziła, że musi poszukać godnych przeciwników i
oznajmiła rodzicom, że oddala się potrenować. Słońce już zaszło, a dziewczyna nie
wróciła jeszcze do domu. Wszyscy zaczęli się niepokoić, że tak długo jej nie
ma. W tym czasie Avril kierowała się nieświadomie w stronę krainy Amorion. Była
żądna przygód i wyzwań. Jednak zaczęło jej doskwierać zmęczenie i postanowiła
odpocząć pod okazałym drzewem, by nabrać sił na powrót do domu. Wiedziała, ze
rodzice się niepokoją. Jednak przeznaczenie Avril czekało już na nią. Los
chciał, że zasnęła w lesie. Ocknęła się w ciepłym łóżku, przekonana, że zaraz
mama przyniesie jej śniadanie. Była zaskoczona, gdy powitało ją dwóch okazałych
krasnoludów. Nigdy wcześniej nie widziała krasnoluda, tym bardziej jej
przerażenie wzrosło. Nie zdążyła krzyknąć, gdy na swoich ustachpoczuła rękę jednego z nich. Powiedział łagodnym
głosem, żeby się nie bała, bo nikt jejnie zrobi krzywdy. Następnie powoli odsunął rękę. Ku jego zdziwieniu
Avril milczała. Po chwili zapytała cichutko jak się tu znalazła. Przy śniadaniu
dziewczyna poznała historię i zapoznała się z jej towarzyszami. Krasnolud,
który ją znalazł w lesie śpiącą i zabrał do domu miał na imię Gran. Drugi, jego
brat nazywał się Domir. Obaj mieli długie włosy, krzaczasty zarost i nosili
okazałe hełmy na głowie. Dla drobnej i smukłej elficy, wyglądali oni jak
olbrzymy. Jednak niezwykle miłe i urocze jak na swój sposób, choć trochę
porywcze w stosunku do obcych. Pierwszą rzeczą, jaką Avril chciała uczynić było
powiadomienie rodziców, gdzie się znajduje i że jest bezpieczna. Dlatego też
Gran wysłał swojego smoka Sajona z wieściami. Krasnoludy okazały się bardzo przyjazne
i pomocne. Dowiedziawszy się o wojowniczej naturze Avril, postanowiły nauczyć
ją posługiwania się mieczem i sztuk walki, przydatnych w walce z wrogiem.
Oczywiście ucieszyło to bardzo dziewczynę, tym bardziej, że rodzice zgodzili
się na jej pobyt u nowych znajomych. Po miesiącu Avril wróciła do domu, jednak
tęskniła do Amorionu i jego mieszkańców. Często odwiedzała Grana i Domira, aż
zawiązała się między nimi nić przyjaźni. Avril dorastała i piękniała z dnia na
dzień. Była wysoką elficą, o jasnych włosach, złotych niczym kłosy zbóż, które
sięgały jej po pas. Cerę miała śniadą, policzki lekko zaróżowione, a usta pełne
i ciemno czerwone, jak wino. Jej garderoba składała się przede wszystkim z
gorsetów, sukien i spódnic. Lubiła podkreślać swoją kobiecość. Do walki
natomiast zakładała spodnie, czarna tunikę, a włosy przewiązywała czarną
opaską. W zimniejsze dni nosiła długi ciemnozielony płaszcz z kapturem i
zamszowe, brązowe kozaki. Podczas jednej z wizyt w Amorionie, krasnoludy
zabrały Avril na targ. Rozglądali się za elfią brygantyną, gdy Avril dostrzegła
elfa na jednym ze stoisk. Za jej namową udali się tam w celu obejrzenia
towarów, jakie miał do zaoferowania. Był to przystojny młodzieniec, o długich,
ciemnych włosach. Na policzku miał bliznę. W jego oczach był gniew, który Avril
dostrzegła. Zobaczyła w nich coś jeszcze; głęboki smutek. Ten obraz utkwił jej
w pamięci. Przez kolejne dni dziewczyna nie mogła o nim zapomnieć i postanowiła
wrócić na rynek. Jednak nie zastała nieznajomego. Nie ostudziło to jej zapału i
w tajemnicy przed krasnoludami ponownie wróciła na stragan. Elf od razu ją
rozpoznał i skinął przyjaźnie głową w jej stronę. Podeszła pewnym krokiem i
przywitała się. Młodzieniec miał na imię Exec, pochodził z Rodanu. Był sierotą,
gdyż jego rodzice zginęli podczas wojny Rodanu z Sekawą, dwóch sąsiednich
krain, które od wieków walczyły o Góry Terchan. Matkę zabrali do niewoli i
powiesili. Ojciec zginął broniąc swojego przyjaciela w walce. Avril była
zauroczona ich rozmową. Exec również lubił dyskusje z dziewczyną. Z upływem
czasu spotykali się coraz częściej. Miesiące mijały, a Avril czuła, że Exec nie
jest już jej obojętny. Jednak jej miłość miała okazać się krótką i trudną.
Wkrótce poznała mroczną tajemnice, którą skrywał elf. Nim zginęli jego rodzice
elf mag Akir rzucił urok na ich całą rodzinę. Tylko przelanie krwi setki gnomów
mogło zrzucić czar. Musiały być to gnomy, które służyły magowi. Tak więc Exec
już od dawna był pogodzony z tym, że wraz z nadejściem kolejnej ery będzie
musiał zstąpić do świata nieumarłych, skąd nie będzie już powrotu.
Niewielubyło w stanie stawić czoła
sługom Akira i ich pokonać. Avril dowiedziawszy się prawdy płakała. Bardzo
kochała Execa i chciała mu pomóc. Elf opowiadając jej tą historię myślał, że ją
straci. Jednak Avril nie odwróciła się od niego. Wróciła do krasnoludów i
poprosiła o dodatkowe treningi. Już wtedy planowała stawić czoła gnomom, aby
uratować jej ukochanego. Dni mijały a Avril w tajemnicy ćwiczyła i
przygotowywała się do starcia. Nowa era miała nadejść za 5 dni. Miał nastąpić
kres życia Execa. Obydwoje nie mogli się z tym pogodzić. Ich miłość była silna
i piękna. Jednak wiedzieli, że nadchodzi jej kres. Dopiero w dniu utraty Execa
Avril wyznała mu swoje plany i obiecała, że wykona zadanie, aby uwolnić go ze
świata nieumałych. Wiedziała, że gdyby wyjawiła to wcześniej elfowi, to nigdy
by jej na to nie pozwolił. Dzień pożegnania i utraty kochanka, Avril opłakiwała
jeszcze długo. Krasnoludy wspierały ją, jednak nie chciały, aby walczyła z
gnomami. Wiedziały, że jest to zbyt niebezpieczne. Tylko nieliczni mogli stawić
im czoła. Dziewczyna była jednak nieugięta i nikogo nie słuchała. Codziennie
ćwiczyła, polepszała swoje umiejętności. Chciała zostać wojowniczką i pokonać
gnomy zamieszkujące krainę Amorion. Gran i Domir widząc, iż nic nie odwiedzie
Avril od zamiaru walki, postanowili jej pomóc. Zaprowadzili ją do
jaszczuroczłeka, który był najlepszym wojownikiem w krainie. Nosił imię Vesth.
W dawnych czasach wyszkolił całą armię Amorionu. Jednak po śmierci swojego
brata przestał uczyć sztuk walki. Twierdził, że to on ponosi winę za jego
śmierć, gdyż nie zdążył uratować go przed ciosem jednego z gnomów. Krasnoludy
musiały przeprowadzić z nim długą rozmowę i opowiedzieć całą historię Execa.
Vesth pod namową krasnoludów postanowił zrobić wyjątek. Zgodził się trenować
Avril, uprzedzając ją, iż nie będzie żadnych ulg tylko dlatego, że jest
kobietą. Dziewczyna była uradowana i już następnego dnia stawiła się gotowa do
ćwiczeń. Miesiąc później Avril umiała już sprawnie władać mieczem. Z upływem
czasu opanowała też strzelanie z łuku. Nauka nie sprawiała jej trudności, czym
sam Vesth był zaskoczony. Po ponad roku intensywnych przygotowań Avril była
jednym z najlepszych wojowników w krainie. Była z siebie dumna. Krasnoludy na
cześć zakończenia szkolenia postanowiły wydać przyjęcie. Avril wzięła w nim
udział, jednak myślami była cały czas przy Execu. Wiedziała, żenadszedł czas zemsty. Czas walki o wolność
ukochanego. Jeszcze w trakcie przyjęcia wykradła się i ruszyła w stronę Gór
Kazad-nar. Tam właśnie zamieszkiwały gnomy wraz z magiem Akirem. Pustkowia były
rozległe i bardzo niebezpieczne. Jednak Avril ruszyła przed siebie, mając przed
oczami obraz Execa. Jej miłość była silniejsza niż strach. Na ustach czuła smak
zemsty. Krasnoludy w trakcie przyjęcia zorientowały się, że dziewczyna ich
opuściła. Teraz mogły się tylko modlić o jej powodzenie i szczęśliwy powrót. W
tym czasie Avril zakradła się już do starych lochów. Było to miejsce, gdzie
najczęściej przesiadały gnomy. Tam stoczyła swoją pierwszą walkę. Zwycięstwo
dodało jej wiary i ruszyła dalej przelewać krew gnomów. Spała w ukryciu, żywiła
się elfim chlebem. Sił dodawał jej eliksir, który dostała od Vestha. Wieści o
jej przybyciu szybko rozniosły się po Górach Kazad-nar. Teraz było jej trudniej
i nieraz ledwo uszła z życiem. Nie było chwili, by mogła czuć się bezpieczna.
Avril nie wracała już drugi tydzień. Wszyscy z niepokojem oczekiwali jej
przybycia i wierzyli, że zwycięży. Dziewczyna wiedziała, że jest już bliska
celu. Była u skraju wytrzymałości, gdy w śnie ujrzała jej ojca. Powiedział jej,
że miłość wszystko zwycięża. Następnego ranka wyruszyła, by dokończyć dzieło
zemsty. Podczas walki poczuła na swoim ramieniu czyjąś rękę. Obróciła się i
zobaczyła mężczyznę w kapturze, w czarnym płaszczu. Już miała kierować miecz w
jego stronę, gdy nagle mężczyzna zdjął kaptur. Odepchnął Avril w bezpieczne
miejsce, a sam zabił resztę gnomów. Avril płakała. Jej policzki obmywało morze
łez. Mężczyzna ją objął i wyszeptał, że ją kocha. Tak, to był Exec. Avril nawet
się nie spostrzegła, gdy zabiła już wystarczającą ilość gnomów. Trwali tak w
objęciu jeszcze długo, nie mogąc się sobą nacieszyć. Następnie wrócili
bezpiecznie do krasnoludów i swojej rodziny. Na ich cześć urządzono oczywiście
wielką ucztę. Wszyscy bawili sięi
wspominali dawne czasy, gdy Avril była małą dziewczynką. Ona natomiast
wspominała swoje urodziny i miecz, który ocalił ich miłość. Avril nadal jest
wojowniczką, tak jak jej mąż Exec. Obydwoje walczą w krainie Amorion o sprawiedliwość,
a ich miłość przezwycięża każde zło.
Kocie, mądry monarcho, tajemniczy, skryty -
Czyż nasze smukłe palce ciężkie od pierścieni
Godne są twojej czarnej i białej słodyczy
I pyszczka z aksamitu i drogich kamieni?.